gokuma: (Default)
[personal profile] gokuma
Dla Vampi, która opisywała mi śmiech Gina...



                                                               
Rozbieranie do snu



            Podążając korytarzem, Renji słyszał szelest głosów, poważnych i smutnych, złych i zadziwionych. Licząc wejścia, odnalazł wreszcie to właściwe, pchnął ciężkie drzwi i wyszedł na wykładaną kamieniem klatkę schodową. Stopnie prowadziły stąd tylko w dół; od kamiennych płyt wiało piwnicznym chłodem.

U podnóża schodów zapaliło się małe światełko. Abarai zszedł szybko, trzymając się wyślizganej poręczy. Drzwi pomieszczenia na dole otworzyły się i chwilę potem Renji znalazł się w środku.

            Byli tu już wszyscy – Komamura, Unohana i jeszcze kilku spośród tych, którzy nie zginęli i nie stracili nikogo w czasie rozprawy z Aizenem. Jyuushirou na czas żałoby zamknął się w swoim ugendou; nieobecna była również warująca przy łóżku Yoruichi Soi Fon.

Renji przybył tu na wyraźne żądanie swego taichou, źle znoszącego uziemienie w szpitalu Seiritei. Rany Byakuyi goiły się wolno, Abarai wiedział jednak, że gdyby pospiesznie się nie zgodził  z a s t ą p i ć  swojego kapitana, ten zwlókłby się z łóżka i dotarł tutaj, by wziąć udział w uświęconej Protokołem ceremonii.

            Przywitawszy obecnych skinieniem głowy, Renji stanął na swoim miejscu – szóstym w rzędzie. Szereg kapitanów przerzedzony był jak nigdy, każde zaś wolne miejsce oznaczało utratę bądź zdradę. W milczeniu, Renji dotknął swojego miecza i spojrzał na środek zalanego białym światłem pomieszczenia. Zabimaru zamruczał, czując moc zanpakutou sługi Wielkiego Zdrajcy.

            Ichimaru położono na niewielkim podwyższeniu, przykrytym cielistą tkaniną. Na brzegu leżało kilka małych noży, ampułek i innych przedmiotów, których przeznaczenia Abarai nie znał. Ciało leżącego wydawało się niesłychanie bezbronne i Renji nie mógł, niespodziewanie dla siebie, opanować nagłego drżenia.

            W ciszy przyglądał się, jak do zmarłego podchodzą pomocnicy Unohany, jak wyłuskują jego ciało z resztek wierzchniej szaty i odwracają na bok. Część lekkiej tuniki przywarła do pleców i medycy musieli użyć jednego ze swoich specyfików, by ją w końcu oderwać. Abarai otworzył usta w niemym „o”, gdy przekonał się, że skóra na plecach Ichimaru spalona jest aż do kości i że cały grzbiet mężczyzny, to jedna wielka rana.

Zanpakutou Renjiego mruczał, przekazując mu w swoim, słyszalnym tylko Abarai języku, mogące go zaciekawić informacje. Miecz-wąż wiedział, że jego właściciel interesuje się naturą widzianych właśnie obrażeń i emanując lekko swoją aurą, starał się tę wiedzę uzyskać. Spomiędzy pojedynczych syków i warknięć fukutaichou wyłowił wiadomość, że w ranie tkwią jeszcze drobinki obcego reiatsu i że zadana została niewątpliwie mocą kogoś w randze kapitana.

„Shunsui”, domyślił się Renji; przed oczami mignęła mu postać zmarłego niedawno taichou. Kyouraku zginął z rąk Aizena, nie odzyskawszy przytomności po stoczonej z nim walce. Byakuya, który trafił do zamku Sousuke znacznie wcześniej, nie mógł powiedzieć, jak to się stało, że on – a nie Shunsui – przeżył, nieprzytomny i wydany na łaskę oraz niełaskę Wielkiego Zdrajcy.

 

Ostrza maleńkich noży zalśniły w świetle lamp. Wnętrza dłoni Ichimaru zostały nacięte, w rytualnym geście oznaczającym, że zmarły nie był godny noszenia miecza. Stojący na końcu szeregu Hitsugaya skinął głową, przyświadczając, że zgadza się z tym w zupełności.

Szereg rozproszył się i kapitanowie obstąpili podwyższenie, spoglądając z bliska na byłego taichou. Ogromny cień Komamury padł na bezwładne ciało, gdy wysoki kapitan jako pierwszy uniósł swój miecz. „To on” powiedział po chwili i odszedł, nie poświęcając już zdrajcy ani jednego spojrzenia. Podobnie uczynili też po kolei inni taichou.

            Wreszcie wszyscy odeszli, a ciało Ichimaru zostało częściowo przysłonięte. Abarai przyglądał się, jak na podwyższenie naciągana jest gruba sztywna, płachta. Nie biała – jak uświadomił sobie Renji po chwili – ani nawet czarna, która przysługiwała nawet najpośledniejszemu z shinigamich. Z krótkiego wyroku odczytanego przez Komamurę dowiedział się, że popioły Ichimaru nie zostaną oddane powietrzu, lecz że zostanie on zakopany w ziemi, jak zwierzę.

            Abarai przypomniał sobie udręczoną twarz Jyuushirou i rany swoich przyjaciół, krąg płomieni wokół Kyouraku i pogrzeb całej niemal szóstej dywizji. Palący gniew przeszył jego serce i z trudem powstrzymał się od wykrzyczenia, że to bardzo dobrze, że tak, że ten lisi zdrajca na nic innego sobie nie zasłużył…

                                                                                                *

            Maleńkie noże, zużyte podczas rytuału ampułki grzechoczą, spadając na dno pojemnika; trzymający go medyk sięga po stosik zwęglonych szmatek. Z twarzy Ichimaru – pozbawionej swej uśmiechniętej maski – bije dziwny smutek. I naraz Abarai sobie uświadamia, że to niemożliwe – niemożliwe, na pewno, by Shunsui zadał cios komuś odwróconemu do niego tyłem. A potem przypomina sobie, gdzie znaleziono ciało Ichimaru, że jako jedyny został ułożony osobno, że jego, jedynego, ktoś chciał oddzielić od reszty. I że – myśli Abarai płyną teraz bardzo szybko - Aizen przed walką z Ukitake nie miał na sobie żadnej rany, choć Kyouraku rzucił w niego mocą dorównującą bankai.

Fragmenty układanki zaczynają składać się w zadziwiający sposób i Renji zastanawia się nad nimi przez całą drogę do szpitala. W końcu dociera do budynku i idzie do znajomego pokoju. Przez oszklone drzwi widzi, że Byakuya śpi, poddawszy się wreszcie działaniu któregoś z leków. Abarai zostaje na zewnątrz, co jakiś czas zerkając na pogrążonego we śnie kapitana.

 

„Nie, nie Aizen. I nie Gin przecież.

Niemożliwe.”

  




A/N: Tytuł fika pochodzi z wiersza Stanisława Grochowiaka. Nie wiem, skąd po tylu latach wzięli mi się nagle turpiści...









Dla Viatora, jeśli zechce.


                                                                       Krótka historia piękna





                 Gdyby Kazuhiko Ayasegawa nie był człowiekiem porywczym, być może ta historia potoczyłaby się zupełnie inaczej. Ale właśnie taki był: porywczy i niesłychanie dumny, nieustępujący na krok nikomu ani niczemu. Jego klan stanowił część słynnego rodu Kuchikich. Kazuhiko uważał, że jest wart więcej niż to, by być tylko częścią.

Gdy więc pewnego wieczoru został obrażony podczas narady, zrobił to, co podyktował mu wybuchowy temperament: wyszedł z sali obrad, trzasnął drzwiami i przywołał jednego z gońców. Tego samego wieczoru klan Ayasegawa ogłosił secesję i wyrzekł się wszystkich więzów z członkami wielkiego rodu.

Seiritei zostało przecięte na dwie części: posiadłości Ayasegawów otoczyła nieprzenikniona bariera, utkana z najświetniejszych zaklęć bakudou. Sam Kazuhiko doglądał jej stawiania; do niego też należał czar zamykający. Włości złączonych ze sobą dotąd klanów przedzielała odtąd półprzejrzysta, niemożliwa do przejścia błona. W pięciu łukach, w których tkwiły pieczęcie zaklęcia, można było ujrzeć pawia – symbol nowego rodu.

Ayasegawa pogardzał sztuką mieczy – i w jego domu przestano ćwiczyć zadou, sprowadzając ją do umiejętności służebnej. Hadou i bakudou, dające władzę nad światem demonów, podniesiono do rangi najważniejszych talentów, zapewniających w klanie wysoką pozycję. Kazuhiko dowodził, że rzeczywista potęga nie wymaga wymachiwania mieczem: „Niech robią to Kuchiki”, mawiał, używając tonu właściwego najcięższym zniewagom.

Głową drugiego klanu był wówczas Kuchiki Musume – człowiek niezwykle rozważny i spokojny jak górskie jezioro. Arystokrata nie dał się przekonać głosom doradców, twierdzących, że najlepiej byłoby od razu zmiażdżyć odszczepieńców. „Poczekajmy”, mówił z łagodnym uśmiechem, a próbujących dyskutować uciszał zimnym, zupełnie różnym od tonu spojrzeniem.

Dom Ayasegawów trwał więc setki lat, ale Kuchiki mieli za sobą wsparcie innych rodów i cierpliwość kamienia. Zaatakowali dopiero, gdy zabrakło Kazuhiko; ród Ayasegawa zniknął wraz z rozpryskującą się w milion kawałków barierą.

Rachunek zniewag, które po bitwie przedstawili Kuchiki, był niezwykle długi i dokładny. Jak wszystkie stare rody, także i ten cechował się dobrą pamięcią i zamierzał przykładnie ukarać próbę wywyższenia. Kontrybucja, nałożona na pokonany klan, pochłonęła niemal wszystkie włości Ayasegawów. Aby napiętnować pychę, objęto ich prawem, które było dla domu Kazuhiko niezmiernym upokorzeniem.

Oto od tego czasu każdy jego potomek miał co roku oddawać honory głowie rodu Kuchikich. Ayasegawa staną się poślednim pomocniczym klanem. Nie wolno będzie im powoływać się na więzy krwi, ani przypominać że byli kiedyś częścią słynnego rodu. Co pięć lat aktualny przywódca klanu odbierać ma gomi - dar-jałmużnę, z której utrzymywać ma resztę swojej rodziny.

            Surowe warunki zostały przyjęte z powszechnym zrozumieniem. Ze szczególną aprobatą spotkały się u wielkich rodów: „Nie może być tak” – mówił Showa Aizen – „by byle kto mógł zniweczyć to, co wszyscy budujemy”. Wdowa po Kazuhiko, pani Haru, stała z boku, powstrzymując łzy. Jej jedyny syn, Sesshu, był jeszcze za młody, by pomścić nazwanie domu ojca „byle jakim”.

 

            Spójrzmy jednak teraz, w czarną czeluść parku, który przemierza ostatni potomek Kazuhiko. Towarzyszy mu stary mężczyzna, recytujący monotonnie rytuał gomi. Chłopiec, idący kilka kroków za nim, niesie specjalną torbę, w którą zostanie włożona jałmużna.

Nagle jego uwagę przykuwa wątłe światełko, dobywające się zza gałęzi żywopłotu. Nie oglądając się na swego opiekuna, malec odkłada torbę, przystaje i odgarnia dłonią garść zasłaniających mu widok liści.

W ogrodzie po drugiej stronie przechadza się stado pawi – być może praprawnuków tych, które zabrano z posiadłości Ayasegawów. Wśród nich stoi zaś młody mężczyzna, odziany od stóp do głów w tkane srebrem szaty. Smukłą postać otacza iskrząca się, jasnofioletowa aura.

 

Dla Ayasegawy Yumichiki to najpiękniejszy widok, który ujrzał dotąd w całym swoim życiu.

 

            Nie bacząc na drapiące mu twarz gałązki, Yumichika przeciska się bliżej niezwykłego zjawiska. Nieznany chłopak ma szczupłą twarz i delikatną, niemal filigranową budowę. Powietrze wokół przesycone jest jego reiatsu. Na długich włosach widnieje kenseikan – symbol szlachectwa.

            Yumichika przypatruje się z zachwytem, jak kilka pawi zbliża się do mężczyzny, prosząc o pożywienie. Arystokrata podchodzi do ustawionej w pobliżu ławki i ze stojącego na niej pojemnika wyjmuje garść ziaren. Drobne nasionka wysmykują się spomiędzy smukłych, niemal przezroczystych palców. Ptaki szukają swojego pokarmu, nowe, zwabione ich głosem, napraszają się o więcej.   

Yumichika czuje olbrzymią dysproporcję między sobą, a tym białym młodzieńcem, jego niewymuszoną gracją i zwykłym, niezgrabnym sobą; między spojrzeniem pełnym światła a własną, pospolitą twarzą. Między wszystkim, czym jest on, a tym, czym jest tamten.

            Młody arystokrata wyczuwa czyjąś obecność i nagle unosi głowę, patrząc wprost w stronę Yumichiki. Nie może dostrzec osoby – ale widzi aurę intruza, w której nie ma ani cienia wrogości. W jasnej, tęczowej emanacji widać raczej zachwyt; arystokrata uśmiecha się, a w patrzącym na niego Yumichice topnieje nagle serce.

            I stoją tak przez chwilę – pan i poddany – aż z jednej z alejek ogrodu wychodzi ubrany na biało starzec:

- Paniczu Byakuya – mówi z szacunkiem, w którym pobrzmiewa jednak łagodny wyrzut. Arystokrata kiwa głową i sięga po podawany mu płaszcz. Otula nim ramiona i wychodzi spomiędzy kręgu pawi. Jeden z ptaków protestuje przenikliwym piskiem.

            Mężczyzna o imieniu Byakuya otwiera jeszcze raz kamienny pojemnik i wysypuje w trawę trochę ziarna. Potem kładzie go na ścieżce, dokładnie przed schowanym wśród gałęzi Yumichiką. Ponaglany przez towarzysza, prostuje i rusza jego śladem. Pawie patrzą z żalem na zamknięte szczelnie pudełko.

            Po dłuższej chwili Ayasegawa przeciska się przez żywopłot; ptaki drepczą wokoło, popatrując na niego z nadzieją. Chłopiec bierze w dłonie pojemnik i otwiera wieczko, czując unoszące się wszędzie iskry fioletowego reiatsu.

- Będę taki jak on – mówi z przekonaniem. – Będę, na pewno!


Date: 2006-10-07 05:53 pm (UTC)
From: [identity profile] harukazepanda.livejournal.com
Rozbieranie do snu - my yamap... nic z tego nie zrozumiałam xD;;; znaczy zrozumiałam o czym pisałaś, ale jak zwykle sie pogubiłam. Problemy z nazwiskami w dużej mierze. *pata się* no i ta końcówka. JEstem chyba głupia jakas, ale nie załapałam tego Oo;;;
i jak mi się zał tego biednego Gina zrobiło. Ten rytuał był straszny ;____; i jeszcze te "ampułki". Nie lubie tego słowa XD jest do cna medyczne, dostaję dreszczy...

Profile

gokuma: (Default)
gokuma

October 2022

S M T W T F S
      1
2345678
9 101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Most Popular Tags

Style Credit

Expand Cut Tags

No cut tags
Page generated Mar. 2nd, 2026 02:54 am
Powered by Dreamwidth Studios