gokuma: (james)

A więc, po prawie dziesięciu latach (!) grania w tę samą grę, zdecydowałam się w końcu wybrać następną. I wygląda na to, że wybrałam idealnie, bo "Batman: Arkham Asylum" ma genialny klimat i niesamowicie wręcz wciąga.

Zarys fabuły gry jest następujący: do Arkham - gothamskiego szpitala psychiatrycznego dla więźniów (i maniaków) wraca jego stały bywalec - Joker. Odprowadza go tam nasz ulubiony Człowiek-Nietoperz. Podczas wizyty na wyspie (gdzie Arkham się znajduje) zaczyna się jednak dziać "coś" niedobrego. Szybko się okazuje, że pojmanie Jokera było częścią jego planu, planu, który zagraża Gotham - nie mówiąc już o personelu szpitala, dla którego Batman jest jedyną nadzieją ratunku.

Gra jest OGROMNA: oczywiście, jak już wspomniałam, ekspertem nie jestem żadnym (chyba że chodzi o eksperctwo w maniakalnym graniu w "Heroes of Might and Magic 3"), ale jest tu mnóstwo do zrobienia - i zobaczenia. Grafika jest przepiękna, klimatyczna i odpowiednio schizoidalna (jak na grę o Arkham przystało). Sama rozgrywka dzieli się na dwa rodzaje (typy): ogólną, czyli chodzenie po terenie Arkham i misje/plansze specjalne. To pierwsze - chodzenie po Arkham - jest moim ulubionym zajęciem. Arkham rozdzielone jest na mnóstwo budynków i innych lokacji (przystań, ogród, itp.), między którymi rozciąga się ogromna przestrzeń, którą można badać i odkrywać do woli. Wraz ze zdobywaniem kolejnych poziomów (które zdobywa się wykonując określone misje/wykańczając określoną liczbę przeciwników) dostępny jest coraz większy obszar: na coraz więcej rzeczy można wleźć, wspiąć się, wskoczyć i - wlecieć. Właśnie: latanie (czy raczej: szybowanie) za pomocą peleryny jest moim drugim ulubionym zajęciem i czasem włażę na najwyższy punkt w okolicy, żeby potem polatać po jak największym obszarze. Przy tym latanie jest dobrym sposobem na znajdowanie Trofeów Człowieka-Zagadki - takich miniaturowych misji dodatkowych, których w grze jest ponad 200 (!!!).
A wszystko to wygląda (na przykład) tak:


Jak słychać w klipie, wszystkiemu, co robi Batman, towarzyszy komentarz Jokera (oraz creepy music - another strong point). Ma to pogłębiać (i tak właśnie działa, bardzo skutecznie), że wszystko to, co robi nasz bohater, jest pod stałą obserwacją jego największego wroga, który dobrze się bawi, obserwując jego wysiłki (Joker ma nawet własną telewizję, Joker TV, która od czasu do czasu włącza się na ekranach rozsianych po całym Arkham; jak słychać też w filmiku, opanował również radiowęzeł).

Czasami rozgrywka ogólna ustępuje miejsca misjom specjalnym, które trzeba zrealizować, żeby musieć przejść dalej (w pozostałych częściach gry można łazić gdzie dusza zapragnie).
Ta część gry była pierwszą, która mnie wbiła w podłogę:

Jak widać, poza Jokerem w grze zjawiają się też inni przeciwnicy Batmana - ze Strachem na Wróble i Harley Quinn na czele. Człowiek-Zagadka (Riddler) jest obecny wszędzie, poprzez swoje zagadki - w grze jest też mnóstwo dodatkowych materiałów, życiorysów postaci, nagrać z sesji terapeutycznych, i tak dalej, i tak dalej, i jeszcze więcej...

Jeśli ktoś chciałby zobaczyć recenzję, która zachęciła mnie do zakupu, oto ona:


(Przy okazji polecam kanał YT Jeremy'ego Jahnsa, mojego obecnie ulubionego recenzenta filmów/seriali/gier).
Na koniec wilk chciałby podziękować [livejournal.com profile] akayalovesyaoi, która pomogła w zainstalowaniu gry (i psychicznym wsparciu).
I zachęcić innych do kupna :)

...Właśnie! Zapomniałam wspomnieć o jednej rzeczy: "Batman: Arkham Asylum" cudem i zrządzeniem losu dostępny był za bezcen (20 zł) w Biedronce (jeśli ktoś się spręży, może jeszcze jakiś egzemplarz złapie).

I jeszcze jedno postscriptum - i kolejna z moich ostatnich ulubionych rzeczy: Epic Rap Battles (Batman VS Sherlock)

gokuma: (Default)

Nabyłam dzisiaj nieoczekiwanie film, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam - "Trzynaście dni" Rogera Donaldsona. Film opowiada o kryzysie kubańskim z 1962 roku. Nie miałam pojęcia o jego istnieniu i gdybym usłyszała o nim jakieś cztery miesiące wcześniej, zapewne zignorowałabym go kompletnie. Tym bardziej, że gra w nim Kevin Costner, którego za bardzo nie lubię. Ale z powodu "X-Men: First Class" pomyślałam sobie, że co tam - w sumie zabawnie będzie obejrzeć film opowiadający o tych samych wydarzeniach historycznych, na których oparł się reżyser XMFC. Jak większość ludzkości o kryzysie kubańskim mam pojęcie tylko takie, że "coś się tam działo i było niebezpieczne" (i - po "X-Men", że dotyczyło statków z rakietami). Film leżał w pudle z przeceną, więc doszłam do wniosku, że czemu nie, grosze i żadne w sumie ryzyko - najwyżej nie obejrzę. Ale jakoś miałam akurat wenę, żeby go włączyć i kurczę. KURCZĘ.

Film jest naprawdę dobry. Znakomicie zrobiony pod względem tempa akcji - i obfity w najrozmaitsze wydarzenia, które rozegrały się w przeciągu tytułowych trzynastu dni, po których w przypadku zerwania negocjacji między Stanami Zjednoczonymi i Rosją mogła się rozpocząć trzecia wojna światowa. "Trzynaście dni" to wojna nerwów i ciągłe napięcie kto-kogo - które czuje się, oglądając, mimo że człowiek niby wie, że trzecia wojna światowa jednak nie nadeszła.

Niesamowite, w ilu miejscach mogło dojść do katastrofy - gdyby komukolwiek po którejś ze stron puściły nerwy, gdyby albo USA albo Rosja doszły do wniosku, że nie ma na co czekać. Pewnie zabrzmi to trochę apokaliptycznie, ale wiele razy w czasie oglądania tego filmu ma się myśl, że holy cow, ten świat mógłby już nie istnieć. Albo przynajmniej jego spora część. I że nie mieli tu nic do rzeczy żadni mutanci.

Wspomniany wcześniej Kevin Costner gra Kenny'ego O'Donnela - osobistego doradcę prezydenta, który w czasie owych trzynastu dni musi godzina po godzinie podejmować decyzje, które mogą zdecydować o być i nie być swoich rodaków. Być może - i bardzo prawdopodobnie - że przebieg zdarzeń został udramatyzowany - ale w ramach filmu zdecydowanie się sprawdza, poza tym kubański kryzys 1962 roku był jak najbardziej realny. Dominująca w filmie jest atmosfera ogromnego napięcia - i stresu, w którym muszą działać wszyscy w otoczeniu prezydenta. I sam prezydent (grany przez  Bruce'a Greenwooda) od początku jawiący się jako osoba kompletnie nie na miejscu - zbyt miękka, zbyt skromna, zbyt podatna na wpływy - a jednak w kluczowych momentach niedający się przekonać do eskalacji konfilktu i summa summarum dający radę opanować tą - zdawałoby się, kompletnie beznadziejną sytuację.
Więc - jestem zadowolona smile Dobrze wydane pieniądze i spędzone dwie i pół godziny. Czasem w życiu człowieka zdarzają się (miłe) niespodzianki.

Jedna ze scen z filmu:


Crossposted to NL
gokuma: (Default)

Parę dni temu [livejournal.com profile] an_fiction zapostowała swój przepis na mrożoną herbatę; herbata - co mogłam sprawdzić organoleptycznie - smakuje bardzo dobrze i z chęcią bym ją zrobiła. Niestety, jednym z jej składników jest kardamon, którego z jakiegoś powodu nie sposób gdziekolwiek dostać. Na obecnym etapie zaczyna mi się już jawić jako jakaś egzotyczna substancja, jak przyprawa z "Diuny" albo jakiś dziwny minerał. Jestem gotowa się założyć, że wcześniej czy później kardamon przyśni mi się jako nazwa waluty w jakimś SFowym świecie.
Ale ja nie o tym, choć od tego się zaczęło. Otóż, przetrząsając wczoraj kolejny supermarket (w którym mieli z 30 rodzajów pieprzu i ani jednej torebki kardamonu), zajrzałam przy okazji na półkę z prasą, książkami oraz płytami. Jakież było moje zdziwienie, kiedy w stosie przecenionych DVD wypatrzyłam logu Avengersów. Był to, okazało się, ten film:




Polski tytuł to "Ostateczni Mściciele 2" i o ile rozumiałam, skąd się wzięło "mścicielstwo" (choć tłumaczenie nazwy własnej, która się już przyjęła w oryginalnym brzmieniu uważam za bezsensowną), tak zachodziłam w głowę, skąd pochodzi ta "ostateczność". Okazało się, że ma to swoje uzasadnienie: film dzieje się w świecie Ultimate, czyli jednym z ważniejszych Marvelowych rebootów, który - ogólnie mówiąc - pokazuje, jakby wyglądały losy wszystkich ważniejszych supergrup i superbohaterów, gdyby przyszło im funkcjonować w naszych (mniej więcej) czasach. Idea jest zacna, ale z niewiadomych przyczyn cały ten świat zapadł na historię, którą - w odniesieniu do grupy Xaviera - jeden z moich znajomych określił jako "What if all the X-Men were dicks?" Obcesowe, ale słuszne; Ultimate Avengersów w wersji komiksowej nie znam, ale, wnioskując z tego, jak zachowują się postacie w filmie, widzę, że tu dzieje się podobnie. Z wyjątkami, oczywiście.


Ale do samego filmu: historia opowiada historię T'Challi, późniejszego Black Panthera, władcy afrykańskiego państewka Wakandy. Właściwie tutaj T'Challa władcą jeszcze nie jest, czy raczej: staje się nim w trakcie filmu, po śmierci ojca (po którym przejmuje też superbohaterską schedę). Maleńkie państwo z jakiegoś tajemniczego powodu zaczyna być atakowane przez kosmitów (z którymi - co widać we flashbackach - Avengersi walczyli już w pierwszym filmie i sądzili, że ich pokonali). Nad Ziemią (przez jakiś czas niewidoczny dla radarów) unosi się ogromny statek obcych, przypominający nieślubne dziecko ośmiornicy i firanki. Obcy są zmiennokształtnymi; jeden, od wielu dekad prowadzący na Ziemi rekonesans na poczet przyszłego podboju, upodobał sobie postać nazistowskiego oficera o nazwisku Kreiser. Ponieważ bohaterowie Marvela mają alergię na nazistów (nawet udawanych) wiadomo, że trzeba będzie coś z tym fantem zrobić. Zresztą Steve Rogers zna tego typa z czasów wojny, zabił go już dwa razy i cholera nadal żyje. A to niedopuszczalne.
Ciekawym elementem historii są - jakby to powiedzieć - wątki polityczne: Wakanda jest krajem hiperizolacjonistycznym, nie wpuszczają do siebie żadnych obcokrajowców, nawet jeśli ciż mieliby zapobiec zmienieniu wakandańskiej ludności w galaretę. T'Challa - który w tej nieufności również został wychowany - uważa, że tym razem państwo nie poradzi sobie samo. Ale - gdy zjawiają się Avengersi - zgadza się tylko na udział jednego Kapitana Ameryki. I tak zresztą - w porównaniu z resztą rady państwa - jest postępowy; stąd w filmie mamy fragment, kiedy Black Panther i Kapitan Ameryka muszą przekraść się do stolicy Wakandy, żeby móc miastu (Wakanda w sumie jest tym jednym miastem, otoczonym przez lasy i jakieś tam wioseczki) pomóc.


Film ogląda się gładko, design postaci jest okej (może poza Thorem, który mógłby wyglądać trochę lepiej). Muzyka i głosy postaci są zaskakująco dobre (zwłaszcza Nicka Fury'ego czy Starka). Jakichś poważniejszych błędów w animacji nie dojrzałam (choć może wyszłyby przy dokładniejszym powtórnym oglądzie).


Jeśli chodzi o "dickitude" postaci, to faktycznie, w niektórych momentach rzuca się bardzo w oczy. Szczególnie Hank Pym (a.k.a. Giant Man) zachowuje się tak, że ma się ochotę kopnąć go w cztery litery. I żal czasem Nicka Fury'ego, którego praca chwilami przypomina bardziej babysitting rozwydrzonych (albo emujących - Kapitan Ameryka) postaci niż dowodzenie superjednostką. W klasycznych Avengersach wszystkie postacie działają (mniej więcej) dla wspólnego dobra i celu i są przede wszystkim samowystarczalni jako zespół. Tutaj każdy ciągnie do swego, nie ma właściwie żadnej racji nadrzędnej (nawet zaangażowanie Rogersa w pomoc T'Challi zdaje się raczej sprawą osobistą niż wynikiem bycia Avengerem).
Jedynym wyjątkiem jest Thor. Który, zaskakująco, wychodzi na najbardziej bezinteresownego i najbardziej skłonnego do pomocy członka grupy. Nie tylko opiera się (i to parokrotnie) rozkazowi Odyna, który każe mu nie mieszać w sprawy śmiertelników, ale też ratuje życie Tony'emu, w bardzo spektakularnej scenie, która, gdyby się zdarzyła w komiksie, na pewno stałaby się już źródłem odwołań i podstawą slashów. To Thorowi też najbardziej zdaje się zależeć na funkcjonowaniu Avengersów jako całości. Choć - z przyczyn obiektywnych - jest od ich codziennego życia oddalony.
O ile Ultimate X-Men wychodzi z siebie, żeby przedstawić relację Xaviera i Magneto jako coś więcej niż przyjaźń (a nawet miłość), Ultimate Avengers - przynajmniej w wersji filmowej - robi wszystko, żeby zatrzeć jakikolwiek ślad... bo ja wiem, czegokolwiek, nawet przyjaźni między Stevem Rogersem a Tonym. Generalnie Avengersi robią w tym filmie bardziej grupy bohaterów z łapanki niż ludzi, którzy przywykli do pracy (i bycia) razem. Ma się wrażenie, jakby Nick Fury wszedł któregoś dnia do baru, gdzie spotykają się herosi i powiedział "ty, ty i ty - będziecie od jutra rządową supergrupą".


Fajną rzeczą - przynajmniej z mojej perspektywy - było dopatrywanie się w filmie odniesień do znanych filmów fantastycznych. Nie wiem, na ile było to świadome - czy może raczej: na ile był to trybut, na ile bezczelna zrzynka - ale ciekawie było widzieć momenty "mrugnięcia okiem" scenarzystów i rysowników, motywy, w których myślało się "Okej... a więc autorzy lubią "Wojnę światów"... i "Indianę Jonesa"... i "Ghostbusters"... I "Dzień Niepodległości".
Generalnie oglądało się to w porządku i nie żałuję tych 9,99.


Poszukiwania kardamonu nadal trwają.

gokuma: (karuzela)
Eddie Morra to człowiek, któremu nie układa się w życiu - choć trudno go nazwać nieudacznikiem. To inteligentny facet, aspirujący pisarz, który jednak nie jest w stanie stworzyć swojej, umówionej już z wydawnictwem, pierwszej książki. Jego życie nie toczy się tak jak powinno - dni i tygodnie uciekają mu na (bezskutecznej) walce z writer's blockiem, kończą mu się fundusze, dziewczyna oddaje klucze od mieszkania. Życie Eddiego babrze się w beznadziejnym, apatycznym sosie, do czasu, gdy znajomy z dawnych lat oferuje mu wypróbowanie pewnego niezwykłego specyfiku...




"Limitless" (polski tytuł "Jestem bogiem") to film, któremu trailer nie oddaje zupełnie sprawiedliwości. Owszem: to wszystko, co widzimy w zapowiedzi, ma miejsce, ale dzieje się w zupełnie innym kontekście niż mogłoby się to wydawać. Eddie Morra (grany przez Bradley Coopera) to człowiek, który po zażyciu tajemniczego, nieprzetestowanego jeszcze dobrze leku zmienia się zupełnie. Jednak - i tu jest ten ciekawy 'haczyk' - zażyty przez niego specyfik nie dodaje mu żadnych supermocy ani czegokolwiek w tym guście: sprawia tylko - aż - że nasz bohater w stanie wykorzystać do maksimum tkwiące w nim zdolności, nabytą przez lata wiedzę i doświadczenie. Cała pamięć długotrwała staje nagle otworem. A zasilony działaniem specyfiku umysł jest w stanie błyskawicznie odnajdywać i tworzyć połączenia między najdrobniejszymi nawet i najbardziej zaskakującymi fragmentami informacji.

"Limitless" - nawet biorąc pod uwagę ów nieco fantastyczny (choć jest to w sumie fantastyka bardzo bliskiego zasięgu) - jest pochwałą zdolności człowieka i tkwiących się w nim, aczkolwiek rzadko realizowanych, możliwości. Któryś z recenzentów napisał, że oglądając "Limitless" widz sam czuje się mądrzejszy i to jest prawda - faktycznie, oglądanie tego filmu ma bardzo inspirujące i ośmielające działanie. Specyfik, który zażywa Morra, nie jest oczywiście magiczną pigułką i jej zażywanie, jak się okaże w toku filmu, ma nie jedną, ale kilka cen, które trzeba zapłacić.
Ale tak myślę sobie, że w sumie - mając ten sam wybór co Morra i znając wszystkie konsekwencje, zdecydowałabym tak samo jak on.
gokuma: (integra)
Skończyłam dzisiaj (dosłownie przed godziną) "Igrzyska śmierci" Suzanne Collins i powiem, że jestem pod dużym wrażeniem. To SF, dziejące się w Stanach Zjednoczonych - a raczej w tym, co po Stanach zostało po wielkiej i wyniszczającej wojnie domowej. Po zakończeniu walk jeden ze stanów - nazywany Kapitolem - podporządkował sobie pozostałe. Z federacji Ameryka zmieniła się w strukturę podobną do starożytnego Rzymu - z Imperium w środku, trzymającym żelazną łapą wszystkie pozostałe prowincje.

Symbolem podkreślającym przewagę Kapitolu nad resztą kraju są tak zwane Głodowe Igrzyska (tytuł oryginalny książki to "Hunger Games") - dziejące się co roku zawody, podczas których z każdego regionu wybiera się (drogą losowania) dwoje młodych ludzi - chłopaka i dziewczynę - i zawozi się ich do Kapitolu, gdzie, na ogromnej i specjalnie przygotowanej arenie zmierzyć się mają na śmierć i życie z pozostałymi uczestnikami igrzysk. A także sobą nawzajem, gdyż zwycięzca może być tylko jeden.

Bohaterką powieści Collins jest Katniss - młoda dziewczyna, pochodząca z jednego z najbardziej zrujnowanych wojną dystryktów. Gdy staje się uczestniczką Igrzysk, trudno spodziewać się, by mogła w jakikolwiek sposób wyjść żywo z morderczej gry. Właściwie jedyną z jej przewag nad innymi jest sprawność łucznicza - na arenie, gdzie zmierzyć się mają ze sobą uczestnicy, nieposiadający jakiejkolwiek broni. A jednak, a jednak... widzimy, jak bohaterka powoli (częściowo dzięki własnej przemyślności, a częściowo dzięki instynktownemu działaniu) zaczyna zbierać w tej okrutnej grze punkty. I zastanawiamy się, jak zdoła zabić swojego krajana - chłopaka, który kiedyś uratował jej życie...

Książka napisana jest bardzo ciekawie, czyta się ją błyskawicznie, w dodatku ma "wirowy" typ prowadzenia akcji (= książka wciąga jak wir, ciężko się od niej oderwać). Narracja prowadzona jest z perspektywy Katniss - która jest bystrą dziewczyną, uczącą się na naszych oczach, jak korzystać ze swoich umiejętności i kontrować lub neutralizować słabości. "Igrzyska" grają inteligentnie z naszą wiedzą o najróżniejszych reality show - i zahaczają ciekawie (choć dyskretnie) o motywy mitologiczne (zwłaszcza mit o Minotaurze).

Bardzo mi się podobało. Polecam! :)


(Crossposted to Northern Lights)

Profile

gokuma: (Default)
gokuma

June 2017

S M T W T F S
     123
45 678910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Syndicate

RSS Atom

Most Popular Tags

Style Credit

Expand Cut Tags

No cut tags
Page generated Jun. 25th, 2017 01:55 am
Powered by Dreamwidth Studios