gokuma: (just kiss - xavier i magneto)
Był czas (około trzysetnego numeru "Uncanny X-Men"), kiedy Magneto na jakiś czas zniknął z horyzontu. X-Men zajmowali się innymi sprawami. W jednej z historii - crossoverze "Pieśń Egzekutora" - pojawia się maniak pod tytułem Stryfe, który przeprowadza zamach na Charlesa Xaviera. Profesor X zostaje ranny w głowę i jest bliski śmierci, od której ocala go Apocalypse (normalnie - wróg X-Men, w tej akurat jednej historii ich sojusznik). Erik Lehnsherr vel Magneto zajmuje się w tym czasie swoimi sprawami: odcięty od świata, w środku Antarktydy buduje swoją nową siedzibę...


Rytuał )


gokuma: (erik/charles - husbands)
Bo wena może cię złapać z dowolnej przyczyny. I kompletnie niespodziewanie. Moja wena przybiegła, zachęcona tym zdjęciem:



Większość ludzkości widzi tu cztery kotki. Ja - Seana (zaspane kocię rude), Hanka (największy kot, o ciemnym umaszczeniu), Alexa (kocię szarawe, czujne) i zwierzątko, wokół którego wszystkie pozostałe się skupiają, czyli Charlesa. I stąd fik.
Tytuł: Kocie sprawy
Autor: Gokuma
Fandom: X-Men
Postacie: Charles, Hank, Sean, Havok (Alex), Erik
Pairingi: sugerowane Charles/Erik
Ostrzeżenia: angstowy fluff, kittyfic
A/N: photo by Kingmarix
A/N2: niebetowane, za ewentualne błędy przepraszam


Kocie sprawy


     Charles westchnął cicho i spróbował zwinąć się w kłębek, podkulając ogon ostrożnie, tak by nie dotknąć tylnich łapek. Hank miauknął niespokojnie i usiadł tuż przy nim, nie wiedząc za bardzo, co jeszcze mógłby zrobić. Zawsze do tej pory sądził, że na wszystko potrafi znaleźć radę - ale teraz cała jego kocia wiedza zdawała się bezużyteczna i dawno nie czuł się już tak bezradny. Tylne łapki Charlesa były nieruchome - a jego grzbiet cały obolały i Hank nie potrafił nic na to poradzić. Charles na jego prośbę usiłował parokrotnie stanąć albo wysunąć chociaż pazury, ale nie dał rady - i Hank w końcu poprosił, żeby położył się na trochę i odpoczął po minionym, stanowczo zbyt burzliwym dniu.
     Gdzieś w oddali dał się słyszeć stłumiony szelest i Hank spojrzał w tamtą stronę; potem fuknął cicho, dostrzegając szarego kota taszczącego kolejną upolowaną mysz. Alex zostawił swoją zdobycz tam, gdzie położył pozostałe i ostrożnie wskoczył na fotel, na którym znajdowali się Hank i Charles.
     To był miękki, wygodny fotel, idealny do wylegiwania się i każdy z mieszkańców posiadłości ucinał sobie na nim wielokrotnie poobiednie drzemki. Dom, w którym się znajdowali, był pełen takich wspaniałych miejsc - cichych, wystawionych ku promieniom słońca, miejsc, na których można było się przespać lub od czasu do czasu poostrzyć pazury. Hankowi nie było źle w jego poprzednim domu, pełnym tajemniczych zakamarków, ale tu czuł się znacznie lepiej. A Charles był wyjątkowo spokojnym przywódcą stada.
     Teraz jednak, gdy Charles został ranny, Hank - jako najstarszy - czuł się odpowiedzialny za resztę kotów. Ich stado było teraz bardzo malutkie i składało się z niego, Alexa, Charlesa i Seana, który chodził po pokoju, usiłując od czasu do czasu zapolować na unoszący się w powietrzu pyłek. Sean był najmłodszym z kotów, najbardziej dziecinnym i zabawa stanowiła jego sposób radzenia sobie z niepokojem. Bo bali się wszyscy, cała trójka. O to, co będzie Charlesem. O to, co stanie się z ich domem, teraz, kiedy najstarszy, najbardziej odpowiedzialny z nich nie był już w stanie polować, nie był w stanie nawet się podnieść o własnych siłach.
     Charles musiał wyłapać coś z tych jego myśli - lub może coś mu się przyśniło, bo nagle skulił się jeszcze bardziej i nakrył łapami łepek. Sean przerwał swoją pogoń i wskoczył na fotel ; Havok spojrzał krótko na Hanka i umościł się koło śpiącego Charlesa, dotykając nosem jego futra.
Sean usiadł obok. Hank rozejrzał się jeszcze raz wkoło, szukając ewentualnego zagrożenia, wreszcie dołączył do Seana i Havoka, ostrożnie moszcząc się przy śpiącym Charlesie.
Delikatnie powęszył go i przygładził zmierzwione futro na szyi.
"Zostaniemy z tobą. Obronimy cię" pomyślał, a Charles westchnął przez sen.
 
Daleko od tego miejsca kot o imieniu Erik dotknął łapą swej nowej obroży i wpatrzył się w ciemniejące niebo.
 
    




gokuma: (erik/xavier!)
Pierwszego od wielu miesięcy. Także bardzo proszę czytać - i wspierać wilkową muzę.
Przed państwem jedyny chyba istniejący crossover "X-Men: First Class" i "Inkheart" :D



"Z rozmowy zapamiętał tylko urywki..." )

 

gokuma: (Default)
Bleach/Incepcja :) I angst, i różne rzeczy, które w snach siedzą...

Autor: Gokuma
Tytuł: Inne sny
Fandom: crossover Bleach/Incepcja
Pairing: Eames/Artur
Rating: PG-15
Warning: znęcanie się nad miłymi i niemiłymi ludźmi. Angst.
A/N: Ze strony Bleacha fik odwołuje się do końca ostatniego arcu (i kary, która spotkała głównego inspiratora całego tego zamieszania). O losach Artura sprzed "Incepcji" nie wiemy wiele. Więc i przedstawiona tu wersja jest możliwa *poor Artur*
Dedykacja: dla [livejournal.com profile] akayalovesyaoi ,dzięki której "Incepcję" staram się pisać ;)
(Inne sny) )

gokuma: (Default)
Bo ten fik zalegał u mnie na dysku już za długo. Do tego stopnia, że zdążyłam zapomnieć, że istnieje...

Tytuł: Pożegnanie
Autor: Gokuma
Fandom: "Imię wiatru" Patricka Rothfussa
Rating: PG-13 (za przemoc, zniszczenie i angst)
Podziękowania dla: An-Nah. Za przeczytanie i zachętę :*

Małe wprowadzenie: W "Imieniu wiatru" opowiedziana jest legenda o Selitosie, Panu Imion, bogu i opiekunie miasta Myr Tyraniel. Podczas wojen bogów Selitos zostaje zwabiony w pułapkę przez swojego dawnego przyjaciela. Obłożony klątwą, bezsilnie musi oglądać, jak jego miasto obrócone zostaje w perzynę...

Disclaimer: The book and all its awesome characters belong to Patrick Rothfuss. This fanfic is in no way intended for profit.



(„Wiążę cię mocą mojej krwi”)

 

 

Pożegnanie

 

 

            Selitos szedł wolno, krok za krokiem. Klątwa ciążyła mu jeszcze mocno; z oślepionego oka sączyła się krew. Gdy Pan Imion dotarł wreszcie do murów Myr Taraniel, nikt nie wybiegł na jego spotkanie. Kratownica bramy była podniesiona. Wokół panowała niczym niezmącona cisza.

            Ludne zwykle ulice opustoszały. Wszędzie widać było sterty gruzów i zgliszcza. Gdzieniegdzie dopalały się jeszcze ognie. W ciągu jednego dnia miasto obrócono w perzynę.

Pan Imion przyglądał się zwłokom i rumowiskom. Temu, co zostało z jego największej dumy i szczęścia. W końcu, ledwie już powłócząc nogami, dotarł do swego własnego domu. Budynek-świątynię zbudowano dawno, z gładkiego, białego kamienia. Błękitna mozaika przed wejściem splamiona była krwią.

            Wnętrze przypominało teraz zniszczoną dziecięcą zabawkę. Szczątki witraży, sprzętów, leżały wszędzie. Część pomieszczeń nie istniała już wcale, zmieciona ogromną siłą. Po magicznych podwładnych Pana Imion został tylko popiół. Ci z jego sług i uczniów, którzy byli ludźmi, spoczywali teraz nieruchomo, część – blokując drogę do jego prywatnych kwater. Wszędzie czuć było swąd spalonych ciał i nasączonych trucizną mieczy. Resztki zaklęć wciąż wirowały w powietrzu, jak strzępy czarnych pajęczyn.

            Alecte leżał w sypialni, ubrany w ceremonialne, biało-błękitne szaty. Jego twarz była nietknięta. Wydawało się, że śpi i przez chwilę – jeden oddech – Selitos pozwolił sobie mieć nadzieję. Gdy odsłonił jednak fałdy lekkiego płaszcza, ujrzał ogromną ranę, ciągnącą się od barku aż po pas.

Pan Imion klęknął przy swoim kapłanie. Łagodnie pogładził jasne czoło, dotknął chłodnych policzków i warg. W końcu przyłożył dłonie do rany. Odtąd aż po koniec czasów pozostały mu już na rękach długie, brunatne ślady.

            Potem zaś Selitos zaczął mówić: kolejno wypowiadał wszystkie Imiona, wszystkie prawdziwe nazwy ludzi i miejsc, zniszczonych, obróconych w zgliszcza. Nieśmiertelna pamięć podsuwała mu następne i następne wyrazy – a żołnierze zwycięskiej armii zaczęli czuć niepokój. Trwożnie oglądali się za siebie, próbując dojrzeć, skąd nadchodzi niebezpieczeństwo. Imiona były już jednak przy nich – owijały się jak miękkie linie, cienie, nitki babiego lata – których nie można było żadnym sposobem zerwać.

            Gdy Selitos wypowiedział ostatnią z nazw, klątwą obłożony został każdy – każdy, kto przyczynił się do zniszczenia miasta, każdy, kto skrzywdził choć jednego z jego mieszkańców. Przekleństwo dotarło do każdego z żołnierzy wrogiej armii, ale nie zadziałało od razu – ogarniało ludzi stopniowo, już tego samego wieczoru wydarzyły się pierwsze ataki szaleństwa.

            Pan Imion zasłonił na powrót rany na ciele kapłana i przeniósł je na łoże. Potem opuścił swoje sanktuarium.

Po miesiącu z wielotysięcznej armii została jedynie garstka.


gokuma: (jar of lights)

Wykopany przez przypadek przy okazji szukania innego. Mam nadzieję, że komuś się spodoba.
Dziękuję [livejournal.com profile] an_fiction  za dobre słowo :)


Tytuł: Stado
Autor: Gokuma
Fandom: crossover Pottera i Bleacha
Rating: PG-13 (za angst)
Uwagi: akcja tekstu dzieje się po zakończeniu "Insygniów" (pomijając epilog)



 

Stado )

 

gokuma: (integra)
Wszystko zaczęło się od studenckiego AU, które wymyśliła Marianek i do którego chciałam w jakiś sposób nawiązać. Okazało się jednak, że niechcący rozminęłam się z niektórymi rzeczami, które ona w swojej historii już ustaliła i które rozegrać się tam mają inaczej. W efekcie wytworzyło się mi równoległe studenckie AU. Jest to jednocześnie jeden z najdłuższych tekstów, które napisałam już od dawna :)


Tytuł: Nowe czasy
Autor: Gokuma
Rozdział: pierwszy
Fandom: Bleach
Rodzaj: AU
Postacie/pairingi: w tym rozdziale przede wszystkim Hisagi i Komamura
Rating: G (na razie)
Ostrzeżenia: chaotyczny uniwersytet XD Zależności/relacje między poszczególnymi postaciami podobne są do tych, które pokazane zostały w "Bleachu", aczkolwiek nie zawsze i nie do końca

Miłego czytania! :)

Rozdział pierwszy )
gokuma: (susumu)
Zdałam sobie ostatnio sprawę, że to nie jest tak, że ja nic nie piszę. Często marudzę różnym osobom (*patrzy przepraszająco na [livejournal.com profile] marianek  i [livejournal.com profile] jeza_red*), że nie mogę nic wymyślć. To nie jest prawda: w moim folderze tekstowym jest mnóstwo fików, które czytała najwyżej jedna osoba. Może więc pora to zmienić.

(LJ wierzga przez ostatni miesiąc i nie robi akapitów. Tekst bez akapitów bije bo oczach, ale trudno)



Tytuł: Dobry wieczór
Pairing: Renji/Byakuya
Rating: G/PG
Ostrzeżenia: fluff
Timestamp: jakiś miesiąc przed urodzeniem Hikaru

Read more... )

Tytuł: Komfort
Pairing: Shunsui/Ukitake, Komamura/Ukitake, Komamura/Zaraki
Rating: PG-13
Ostrzeżenia: fluff i wierdness
Timestamp: przed urodzeniem Rena i Yuu



Read more... )

Tytuł: Deszczowy dzień
Pairing: Shunsui/Ukitake
Rating: PG
Ostrzeżenia: fluff
Timestamp: Ren i Yuu mają około 5 lat


Read more... )

Tytuł: Małe kawałki światów
Pairing: Komamura/Ukitake, Komamura/Grimmjaw, Shunsui/Ukitake (wspomniane)
Rating: PG-15/R
Ostrzeżenia: angst, Sandbox AU (historia nie należy do kanonu Sandbox Society)


Read more... )Uwagi: ten fik dzieje się w alternatywnej, nieco bardziej mrocznej wersji Sandboksa: Ukitake stracił swoje dziecko/dzieci. Tousen zginął w czasie walki między Gotei a Aizenem. Ocalał natomiast Grimmjaw. Wspominana w tekście Chiyoko to mała córeczka Komamury i arrankara. Grimm po narodzinach dziecka uznał, że ma dosyć rodzinnego życia i odszedł. Do Komamury natomiast zbliżył się Ukitake...



Read more... )


Tytuł: Powrót
Pairing: Komamura/Tousen
Rating: PG
Ostrzeżenia: fluff cukrzycowy
Timestamp: przed narodzinami Susumu


Read more... )

Tytuł: Nic innego
Pairing: Komamura/Tousen
Rating: PG-13
Ostrzeżenia: spoiler do ostatnich odcinków mangi
Timestamp: jakieś półtora roku po zakończeniu walki z Aizenem
Read more... )

Tytuł: Coś nowego
Pairing: Komamura/Tousen
Rating: G
Ostrzeżenia: fluff
Timestamp: tydzień po narodzinach Susumu :)

Read more... )

Tytuł: Wstawanie
Pairing: Komamura/Tousen
Rating: G
Ostrzeżenia: fluff
Timestamp: Susumu ma około 4 latka


Read more... )

Tytuł: Cena
Pairing: Komamura/Tousen
Rating: PG-13
Ostrzeżenia: fluff/angst
Timestamp: pięcioletni Susumu
Uwagi: bezpośrednio po schwytaniu Tousena
Gotei (a dokładniej: Mayuri) zablokowało jego moce, zakładając mu wiążące reiatsu pieczęcie. Pieczęcie te stały się zresztą przyczyną przyjścia na świat Susumu: reiatsu Tousena, nie mogąc się uwolnić, skopało mu co nieco działanie organizmu. Blokady są widoczne lub nie - zależy od poziomu mocy. Jeśli poziom reiatsu jest za wysoki, pieczęć aktywuje się, zmniejszając go do poziomu dozwolonego. W chwili obecnej Tousen nie może korzystać ze swojej mocy - pieczęcie są jedynie trochę rozluźnione, pozwalając mu jedynie na "widzenie" za pomocą reiatsu niektórych rzeczy.
Read more... )

Tytuł: Niepokoje
Pairing: Ren/Hitsuji, Shunsui/Ukitake
Rating: PG-13
Ostrzeżenia: lekki angst, objawy choroby Ukitake
Timestamp: bliźniacy są już dorośli, nie Yuu mieszka już w posiadłości rodziców

Read more... )

Da link

Nov. 11th, 2009 01:12 pm
gokuma: (Default)

Wrzuciłam wczoraj na [livejournal.com profile] slowa_pisane swój nowy tekst. Zapraszam do czytania :)

gokuma: (kot i elf)
...Nie wiem, czemu postowanie tego idzie mi tak mozolnie. Ale trwa XD

Może dla porządku (bo poprzedni chapter był już dość dawno) przypomnę oznaczenia fika:

Tytuł: Rokuro
Autor: Gokuma
Pairing: Ogata/Sai, (trochę) Ogata/Hikaru i wykluwające się w tym rozdziale Hikaru/Kaga
Rating: PG/PG-13
Dedykacja: dla [profile] bosska_ak, dzięki której zaczęłam wyciągać z różnych folderów rzeczy czekające na opublikowanie już od dawna :)
Uwagi: w tym rozdziale zaczynają się znowu pojawiać postacie z początkowych rozdziałów mangi. Najważniejszą będzie ten pan (Tetsuo Kaga). Inni: Kimihiro Tsutsui, Yuki Mitani (rudzielec), Akari Fujisaka. Przypominam, że akcja fika dzieje się jakieś pięć lat po zakończeniu całej serii (łącznie z epilogiem). Hikaru ma 21 lat.


Część trzecia )



Fic!post

Apr. 17th, 2008 09:41 am
gokuma: (para)
Piszę ten fik już ponad pół roku, więc może pora zacząć go postować... :) Fandom: Hikaru no Go, Czas i miejsce: kilka lat po zakończeniu mangi. Punkt wyjścia: Sai (duch genialnego i... hm... nieco oryginalnego gracza Go ^^') wraca do Hikaru Shindou. Ten zaś zaprzyjaźnia się z innym graczem Go: Seiji Ogata jest jedynym, któremu Hikaru - i Sai - odważą się powierzyć swą największą tajemnicę...

Autor: Gokuma
Tytuł: Rokuro
Rating: G

Rokuro - część I )
ROKURO




    Naturalnie Ogata się domyślił. To się musiało zdarzyć: zbyt wiele drobnych szczegółów zdradzało prawdę, a nikt przecież nie zostawał mistrzem Go, jeśli nie umiał dobrze wyciągać wniosków. Ogata potrafił to znakomicie, przy tym zaś był niesamowicie cierpliwy i niezmordowanie dążył do raz wytyczonego celu. Nie miał też w zwyczaju porzucać powziętej raz decyzji: zepchnięty z jednej drogi, znajdował inną, nie tracąc energii ani czasu na bezsensowne wybuchy agresji. To wiedział o Ogacie Shindou, to wywnioskował z jego stylu gry, a miał ostatnimi czasy okazję grywać z nim dosyć często. O życiu-poza-grą mężczyzny nie wiedział zbyt wiele – wystarczająco jednak, by stwierdzić, że w kontaktach z innymi ludźmi mistrz Go zachowuje się zupełnie podobnie jak w czasie rozgrywki: Uprzejmy, skupiony, niepoddający się łatwo emocjom Ogata był idealnym partnerem do gry i równie idealnym – jak domyślał się Hikaru – współpracownikiem.

Czasem zastanawiał się, w którym momencie zaczął widzieć w profesjonalnym graczu w Go kogoś więcej niż tylko rywala.
Wszystko zaczęło się, oczywiście, od Saia.

    - …Powiedzmupowiedzmupowiedzmu, powiedz! – powtarzał któregoś dnia Shuusaku, siedząc na parapecie okna i wymachując długimi rękawami swej szaty. Sai miewał ostatnio huśtawki nastrojów, to był radosny, to ni z tego ni z owego wpadał w głęboką chandrę. Hikaru te stany smutku przypominały czas, gdy Shuusaku zaczął przepowiadać swoje zniknięcie, pięć lat wcześniej. Wielokrotnie wyrzucał sobie, że nie zauważył wówczas tej zmiany – momentu, kiedy nawet Go przestało Saiowi sprawiać radość. Przypominał sobie swoje zdumienie, gdy pewnego ranka duch nie pojawił się na wezwanie. Zaskoczenie, bo przecież nie zdarzyło się wcześniej nic takiego.
    Na szczęście Sai wrócił, a wraz z nim zjawiła się znowu w życiu Shindou radość i beztroska. Sai zachowywał się trochę nadaktywnie, śmiał się często i interesował zwykle każdą nową rzeczą. Współczesność wprawiała go w euforię, niemal tak samo jak wówczas, gdy obudził się z trwającego prawie pięćset lat snu. Najwyraźniej też cieszył się z powrotu do Hikaru – jedynej osoby, z którą mógł się porozumiewać, jedynej, dzięki której miał okazję znów zagrać. Nie musiał czekać kolejnych dwóch stuleci, ani zaczynać wszystkiego od nowa. Był blisko osiągnięcia doskonałej strategii – Ręki Boga – i tę radość było w nim widać zwykle na pierwszy rzut oka. Świat, w którym się znajdował, oferował mnóstwo możliwości gry. Go rozprzestrzeniło się w końcu daleko poza Azję; było teraz popularne na całym świecie.
    Hikaru cieszył się również, ale inaczej, ciszej; lata bez Saia bardzo go zmieniły. Pochłonęły go zwykłe, codzienne sprawy, których istnienia wcześniej nie przewidywał. Oczywiście skończył szkołę i przeszedł w Go na zawodowstwo; wiele przyjaźni i znajomości zerwało się w międzyczasie nieodwołalnie. Nie z powodu niezgody czy kłótni: raczej z powodu zaniedbań, zaniechań: coraz częstszego z biegiem czasu „Zadzwonię później”; „Odwiedzę kiedy indziej”; „Umówimy się, jak będę miał trochę wolnego”.
    Już od dwóch lat Shindou mieszkał sam. Pracował dużo i długo, na poznawanie nowych osób nie miał siły ani specjalnie ochoty. Brakowało mu jednak czegoś - i powrót Saia był jak odzyskanie jakiejś ważnej i dawno utraconej części.

    Tego dnia Shindou wrócił dość późno z pracy. Wyszedł wcześnie rano; kilka godzin popołudniowych pochłonęły mu dodatkowe prywatne lekcje. Shindou nie był dobrym tutorem: Sai podpowiadał mu jednak wiele rzeczy, więc uczniowie wychodzili z jego zajęć najczęściej zadowoleni. Te dodatkowe lekcje były koniecznością: pracą w klubie Go nie zarabiał zbyt wiele, a mistrzostwa, w których mógł brać udział, zdarzały się tylko od czasu do czasu. Czynsz pochłaniał większość jego zarobków; Hikaru mieszkał w maleńkiej klitce w południowej części Tokio, dość wysoko na szczęście, by nie słyszeć ulicznego hałasu. Mieszkanie miało oddzielne wejście, łazienkę i kuchenny aneks – i na tym kończyła się lista jego zalet. W pokoju nie mieściło się prawie nic: Hikaru zdołał tu jedynie wcisnąć półkę na książki, szafę na ubrania (i „wszystko inne”); resztę miejsca zajmowało w nocy „łóżko”.
    Po powrocie do domu Shindou zjadł coś na kształt obiadu, rozwinął futon i położył się na trochę. Sai przysiadł na szafie, tuż obok wyłączonego laptopa i zapadł w płytką drzemkę. Fragmenty myśli ducha przepływały do Hikaru od czasu do czasu; chłopak zdołał się do tego już przyzwyczaić. W jakiś sposób obecność Saia była inna niż za pierwszym razem – choć być może Shindou tak się tylko wydawało.
    Gdy Sai zniknął, nie zaczął za nim tęsknić od razu. Na początku martwił się, to prawda; z czasem jednak pochłonęły go inne sprawy, a nieobecność ducha nie przeszkadzała tak bardzo. Wszystko zmieniło się po przegranych mistrzostwach juniorów. Hikaru stracił na jakiś czas serce do Go, nie miał zupełnie ochoty spotykać innych graczy. Zwycięstwo czy porażka wydawały mu się bzdurą, coraz bardziej za to tęsknił za Saiem, jego obecnością, nawet za jego marudzeniem. Wszystkie słowa, które mogły skłonić Shuusaku do odejścia, wracały teraz do Hikaru po tysiąckroć.
    Czasem budził się, zdjęty lękiem, często miał wrażenie, że powinien zrobić coś, że ktoś na niego czeka, potrzebuje jego pomocy. Bywało, że spędzał całe noce, przeglądając rekordy gier Saia, odtwarzając w kółko te, które zachowały się w sieci. To właśnie tu, w Internecie, wiedziało o Saiu najwięcej ludzi, zarówno jego przeciwników, jak i obserwatorów gier – tych zaś można było liczyć w tysiące. Nikt jednak poza Hikaru nie znał całej prawdy: wszyscy, nawet wielki Touya Meijin myśleli, iż „Sai” jest pseudonimem jakiegoś zdolnego, współczesnego gracza, tajemniczego geniusza, który wygrywał, wprowadzając innowacje do dawnych, archaicznych już zupełnie technik.
    W klubach gry, także i w tym, gdzie nauczał Hikaru, zaczęto znów pokazywać, jak korzystać z owych „starożytnych” taktyk. Go bez handicapów było grą znacznie trudniejszą, dostępną nielicznym. Ludzie jednak chcieli się jej uczyć, zarówno młodzi, jak i weterani Go – i oni wszyscy o Saiu wiedzieli. Wieść o znakomitym, nieznanym nikomu graczu rozeszła się bardzo szybko; wygrana z Meijinem Touyą sprawiła zaś, że sława Saia trwała i trwała, jeszcze wiele miesięcy po tym, gdy przestał się gdziekolwiek pojawiać. Początkujący gracze w Go prędzej czy później natykali się na zapisy jego pojedynków. Uczyli się więc również i tych starych taktyk, po to, by być gotowym na spotkanie legendy, dorównać jej, a może nawet kiedyś – ją przewyższyć.

    „Legenda” drzemała teraz na szafce obok komputera. Hikaru obserwował Saia spod przymrużonych powiek. Wygląd mistrza Go nie zmienił się przez te wszystkie lata ani o jotę, nadal miał delikatną, szczupłą twarz, drobne dłonie ledwo widać było zza wielkich rękawów. „Ciekawe, czy coś mu się śni” – pomyślał Hikaru. – „Ciekawe, czy w ogóle może mu się coś śnić.” Znów poczuł złość, że nie wie nawet tak prostej rzeczy.
„Będę go musiał zapytać” – postanowił i spojrzał w okno: słońce zniżyło się już i zaczęło przeświecać spod niedokładnie zamkniętych rolet. Hikaru spojrzał na zegar: był umówiony z Ogatą za niecałą godzinę.
Po chwili wstał i przeciągnął się:
- Sai, idziemy.

    Właściwie przez całą drogę milczeli. W przypadku Shindou nie było to zbyt niezwykłe, ponieważ po kilku-kilkunastu godzinach mówienia rzadko miał chęć na prowadzenie konwersacji. Zazwyczaj jednak Sai nadrabiał to z nawiązką, komentując wszystko wokół i dziwiąc się rzeczom, które dla Hikaru były zupełną normą. Aktualnie pasją Shuusaku były telefony; teraz jednak siedział cicho, nie rozglądając się za rozbrzmiewającymi od czasu do czasu dzwonkami. W milczeniu patrzył w okno, kołysząc się lekko w rytm stukotania kolejki, którą jechali. Co jakiś czas dotykał ust brzegiem wachlarza; znaczyło to, że nad czymś mocno się zastanawia. Hikaru rozumiał, o co chodzi: wyjawienie komuś trzeciemu sekretu mogło wszak zmienić wszystko.
    Nikt nie mógł zagwarantować, jak zareaguje Ogata; Shindou był niespokojny, miał złe przeczucia. Istniało z tysiąc możliwych scenariuszy. Wszystko mogło pójść nie tak: mistrz Go mógł go zignorować, wyśmiać, mógł też zrobić coś kompletnie nieprzewidywalnego, o czym Hikaru nawet by nie pomyślał. Sai jednak podjął już decyzję; chłopak trochę jej się obawiał, ale domyślał się, czego chciał Shuusaku: by choć jeszcze ktoś jeden uwierzył w jego istnienie.
*

    Mieszkanie mistrza Go było chłodne i pełne niebieskiego światła. Weszli do środka z nieprzyjemnego, lepkiego upału; na dworze było wciąż duszno. Salon, w którym mieli grać, wyciemniały długie, granatowe kotary, klimatyzator, szumiąc cicho, studził i rzeźwił całe pomieszczenie. Nie było słychać hałasu: Ogata mieszkał w dzielnicy jedno- dwupiętrowców, ukrytych za zasłoną wysokich murów. Samochody jeździły tu rzadko; większość, jak corvette jasnowłosego mężczyzny, opuszczała podjazd rano i wracała nań późnym popołudniem.
Ogata miał do swojej dyspozycji duże, przestronne mieszkanie na drugim piętrze. Pokój Hikaru wyglądał przy nim jak schowek na buty. „To przyjdzie z czasem” – pocieszał chłopaka starszy gracz, który tę samą drogę co Hikaru przechodził parę lat wcześniej. Podobny los – praca w klubie Go, tutoring – spotykał każdego ze świeżo upieczonych zawodowców. Owszem, zdarzały się czasem wyjątki. Ale rzadko kto miał szczęście Akiry Touyi.
    Zabawne, ale z nikim nie rozmawiało się Hikaru równie dobrze, co z Seijim Ogatą. Może nawet nie tyle zabawne, co zaskakujące, gdyż dzieliła ich przecież duża różnica wieku. Mistrz Go był już mężczyzną po trzydziestce, Hikaru natomiast nie czuł się jeszcze zbyt pewnie jako dorosły. Czasem skojarzenie, że to do niego mówią teraz per „pan” zajmowało mu dłuższą chwilę. Dorósł zresztą trochę mimochodem, zajęty sprawami daleko różnymi od tych, które obchodziły jego rówieśników. Obecnie miał 20 lat, troszczył się przede wszystkim o Saia i Go, miał na szczęście z kim grać i do kogo się czasem odezwać. Stał się milczkiem, samotnikiem; nadwyżkę decybeli i emocji prezentował w zamian Sai, to jemu zdarzało się krzyczeć, zalewać łzami, wybuchać złością, to znów – niepohamowanym śmiechem. Shindou imponował Ogata: spokojny, wyważony - ale śmiał się wtedy, gdy śmiał się Sai, ponieważ to właśnie on, a nie nikt inny był dla Hikaru najważniejszą istotą.

    Teraz zaś Sai zajął miejsce przy nim: obok stolika do Go, naprzeciwko Ogaty, który przyniósł na tacy napoje i podkręcił lekko klimatyzację. Następnie zapalił lampkę – zwykle grali tak właśnie, przy zaciągniętych zasłonach, ze światłem skierowanym tylko na planszę. Cały świat redukował się wtedy do niewyraźnych konturów, poza lampką świeciły się jedynie akwaria, przytłumionym, niebieskim blaskiem. Utrzymywanie w należytym porządku kilku stad małych rybek było drugim po Go hobby Ogaty, hobby, którego Shindou za bardzo nie rozumiał. W każdym razie wyglądało ładnie – a niebieskoszare cienie już na zawsze skojarzyły się chłopakowi z mistrzem Go, jak aura.
    Zagrali. Po raz pierwszy od długiego czasu Hikaru nie mógł jednak skupić się na rozgrywce, jego ruchy były zbyt nieostrożne, zbyt prędkie. Sai stukał wachlarzem przy każdym szczególnie nieudanym posunięciu, ale nie mówił nic, pozwalając Hikaru grać według własnej strategii.
    Chłopak rozmyślał właśnie nad następnym ruchem, gdy Seiji Ogata podniósł dłoń i położył na swoim pudełku z pionkami pokrywkę.
- Skończmy grę na dzisiaj – powiedział, domykając wieczko. – Widzę, Shindou, że nie możesz skupić się dziś na grze. Coś się stało?
Szeleszczący cały czas wachlarz Saia zamarł w bezruchu. Duch spojrzał na Shindou, który, próbując opanować zdenerwowanie, zacisnął leżące na kolanach dłonie w pięści.
- Po-o-wiedz mu..! – przynaglił Sai i wstał. Hikaru obejrzał się na niego szybko.
- Chodzi o to, że… - powiedział na głos w końcu. - …Tak, Ogata-sensei, mam panu coś do powiedzenia.

    Dalej już było prościej. Po części dlatego, że Ogata miał już pewne swoje podejrzenia, z których wszakże nie zwierzał się nikomu, uważając je za zbyt niezwykłe. Teraz jednak Hikaru potwierdzał je wszystkie, mówiąc bardzo prędko, jakby chciał jak najszybciej wszystko opowiedzieć. Ogata mu nie przerywał. Trzy czy cztery razy zadał tylko pytania, które – pozornie nieistotne – miały ostatecznie sprawdzić historię chłopaka. Była ona… bardziej niż niezwykła, a jednak wszystko świadczyło za nią i Ogata postanowił tym świadectwom zaufać.
Gdy Hikaru przestał mówić, zapytał więc:
- Czy jest teraz tutaj?
- Sai..? – Ogata skinął głową. – Tak, stoi tuż przy mnie, dwa kroki przed panem.
Duch spojrzał na Ogatę zaintrygowany. Mężczyzna wstał i złożył w jego stronę głęboki, ceremonialny ukłon:
- Wybacz, mistrzu, te wszystkie razy, gdy nie powitałem cię tak, jak powinienem.
- …Sai mówi, że nie szkodzi – odparł Shindou, sumiennie powtarzając słowa ducha. – I że bardzo się cieszy, że pan wie.

    Na pozór nie zmieniło się wiele. Ich plany dnia pozostały takie same, podobnie daty i godziny spotkań. Rozkład zajęć Hikaru nie skrócił się ani odrobinę. W klubie Go spędzał mnóstwo czasu, prawdopodobnie trochę za dużo, jak mówił mu czasem Sai. Granie z o wiele słabszymi przeciwnikami nie rozwijało, wręcz przeciwnie: osłabiało uwagę i czujność. Tylko w najbardziej zaawansowanych grupach Hikaru trafiał czasem na kogoś, z kim mógłby grać mniej więcej jak równy z równym. Takie osoby jednak szybko znikały, by pójść własną drogą. Powyżej poziomu insei nauczyciel przestawał być już potrzebny.
    Dlatego Sai nalegał, by Hikaru grał jak najwięcej w internetowych klubach Go. Nie było to to samo, co gra z realnym przeciwnikiem, ale dawało się czasem trafić na naprawdę groźnych rywali. Profesjonaliści rzadko grali z każdym, kto się zgłaszał, lecz Shindou miał na swoim koncie pokaźną już ilość zwycięstw. Grał więc – zastanawiając się czasem, czy wśród ukrytych pod pseudonimami rywali nie skrywa się gdzieś Akira Touya. Zapewne nie jednak – do „tego Akiry” przeciwnicy sami się zgłaszali, chcąc sprawdzić, jak radzi sobie syn wielkiego Touyi Meijina.
    Te wszystkie rzeczy pozostały takie same; spotkania z Ogatą zmieniły jednak znacznie swój charakter, były inne, ważniejsze. Ogata wierzył Shindou; wierzył i rozumiał jednocześnie, że jego historia musi pozostać tajemnicą i że opowiedzenie jej było ze strony chłopaka dowodem wielkiego zaufania. Nie chodziło tu tylko o Hikaru zresztą: mistrz Go respektował obecność ducha, a Sai reagował na to zachowanie coraz większym szacunkiem i zdumieniem. Ogata zawsze witał go z należytą rewerencją i respektem. Odkąd uwierzył w jego obecność, zwracał się oddzielnie do niego i Hikaru, używając nieco innej tytulatury i sformułowań, cierpliwie też czekał na odpowiedź drugiego mistrza. Hikaru przekazywał to, co mówi Sai, słowo w słowo. To także się zmieniło: na początku chłopak opowiadał tylko ogólnie, o co Shuusaku chodzi. Po kilkunastu jednak pacnięciach niewidzialnym wachlarzem i napomnieniach „Mów dokładnie…Hikaruuu!”, zaczął po prostu powtarzać dokładnie to, co powiedział duch, za każdym razem zaczynając od sakramentalnego „Sai mówi…”
    Były to bardzo dziwne spotkania, z początku przynajmniej. Potem wszyscy trzej przywykli do tej sytuacji. Większość czasu spędzali oczywiście na grze: istniał wyraźny podział między tym, kiedy „gra Sai”, a kiedy „gra Hikaru”. Go Shuusaku było porywające, niezwykłe i Ogata zawsze przeciw niemu przegrywał. Z Shindou bywało różnie: zdarzały mu się ciekawe, oryginalne posunięcia, czasem jednak wdawał się wciągnąć w stosunkowo proste pułapki. W grze z Hikaru zdarzały się więc Ogacie i wygrane, i przegrane, i remisy. Z Saiem zremisował tylko raz; obaj mistrzowie nie rozegrali już tamtego dnia ani rundy więcej, tylko przedyskutowali – za pośrednictwem Hikaru – resztę wieczora.
    Była to oczywiście bardzo niezwykła sytuacja i czasem Shindou czuł się nieco dziwnie. Ogata zachowywał się jak ekspert programu „Rozmowy ze znajomym duchem”, traktując kogoś, kogo istnienie musiał brać całkowicie na wiarę, jak najzupełniej realną osobę. Hikaru miał pod tym względem łatwiej: Sai towarzyszył mu cały czas, w swej widocznej, ekspresywnej i często bardzo hałaśliwej postaci. Ogata nie widział ani nie słyszał nic; i Hikaru pełnił prawie cały czas rolę pośrednika, wyjaśniając, co zrobił i powiedział Sai, tłumacząc to niewidzialne na słyszane i widziane.
    Z początku, tak jak kiedyś, spotykali się raz na dwa-trzy tygodnie. Potem zaczęli się widywać częściej i w tym też czasie mniej więcej ich spotkania przestały być jedynie spotkaniami lubiących ze sobą grać osób. Dalej lwią część wieczorów zajmowało im Go; od czasu ujawnienia się Saia coraz więcej jednak czasu wypełniały rzeczy z rozgrywką niezwiązane, rozmowy, dyskusje na temat ostatnich artykułów w „Go Weekly” i spekulacje co do pojedynków o kolejne tytuły. Wkrótce i te tematy zmieniły się, na jeszcze bardziej nieformalne: coraz częściej zdarzało się im rozmawiać o sprawach codziennych. Stopniowo Hikaru coraz bardziej się otwierał: już dawno, poza Saiem, nie miał z kim okazji porozmawiać o swoich sprawach.

    Niedługo potem Ogata zdecydował się do podejść do zdobycia tytułu Keijin. Przygotowywał się do tego długo i solidnie, chcąc zbliżyć się do powtórnej walki z Kuwabarą Honinbou. Starzec pokonał niedawno obecnego właściciela Keijina w pokazowym pojedynku. Ogata wiedział, że by mieć choć cień szansy z Honinbou, musi okazać się lepszy od pokonanego mistrza.
    Dzień, w którym odbył się mecz, był duszny i nieprzyjemny, powietrze prawie stało w miejscu, trudno było oddychać. Hikaru i Sai przyszli oglądać walkę: trwała długo, niemal do ostatniej chwili, wśród tłumu ludzi, którzy mimo upału, zjawili się, by podziwiać starcie mistrzów. Ogata ubrany był jak zwykle w swą nieskazitelną białą marynarkę; zdawało się, że gorąco ani dziesiątki gapiów nie czynią na nim kompletnie żadnego wrażenia. Shindou podziwiał to: jego w czasie gry szepty i nieoczekiwane poruszenia potrafiły nadal wyprowadzić z równowagi. „Dużo” – myślał – „muszę się jeszcze nauczyć”.
    Ogata przegrał jednak walkę: o jedno zaledwie moku, do zwycięstwa brakowało tak niewiele, jak to tylko możliwe. Potem wysłuchał komentarzy zgromadzonych mistrzów; następnie wziął udział w przyjęciu, które urządził Keijin, a na którym Ogacie, jako przegranemu, nie wypadało się nie zjawić.
    Shindou był tam również; mistrz Go nie rozmawiał jednak z nim prawie wcale, otoczony ludźmi, którzy koniecznie chcieli roztrząsać jego klęskę. Chłopak przebywał w grupce młodszych graczy, od czasu do czasu rzucał mu jednak zaniepokojone, współczujące spojrzenie. Na pewno był też tam Sai: mężczyzna widział, że Hikaru staje specjalnie w ten sposób, by obok niego znalazło się jeszcze jedno wolne miejsce. Sai – jak poinformował Ogatę już dawno – nie cierpiał, gdy ktoś „przechodził” przez niego, które to nieprzyjemne uczucie mężczyzna potrafił sobie dobrze wyobrazić. Kontakt z duchem okazał się zresztą znacznie prostszy i przyjemniejszy niż z żywymi – pomyślał cierpko mistrz Go i odwrócił się do kolejnego gracza, który na rozłożonej na jednym ze stolików planszy chciał mu koniecznie pokazać, co powinien był zrobić, by wygrać. Pod koniec dnia miał wrażenie, że pokornie-uprzejmy uśmiech przyrósł mu już do twarzy.

    Zdążyło zrobić się już ciemno, gdy można było wreszcie, nie uchybiając nakazom grzeczności, opuścić dom zwycięzcy. Ogata wyszedł z budynku i rozluźnił wiązanie krawata; po chwili dostrzegł siedzącego na schodach Hikaru.
- Dzisiaj nie mam już ochoty grać – powiedział szorstko. Chłopak, niezrażony nieprzyjaznym tonem, skinął głową:
- …Rozumiem. Przykro mi z powodu pojedynku... Sai mówi, żebyś nie myślał już dzisiaj o meczu. Powinieneś odpocząć.
Ogata spojrzał w stronę rozświetlonego nadal, pełnego gości domu:
- Chodźmy stąd – powiedział. Chłopak zgodził się bez słowa, nie reagując zdziwieniem na nieoczekiwane dosyć „my”.
    Po dotarciu do corvette, Ogata poczuł się trochę lepiej. Jazda zawsze go uspokajała, a samochód był w jakimś sensie częścią domu; rządziła nim, podobnie jak wnętrzem mieszkania Ogaty, harmonia i ład. Corvette było niezawodne i ciche; czasem jeździł nim wieczorami, dla samej przyjemności jazdy. Nie mógł zrozumieć ludzi, którzy traktowali swoje auta tylko jak środek transportu, albo jeszcze gorzej – gnietli się w autobusach czy wagonikach kolejki. Hikaru z wyraźną ulgą zapadł w miękkie siedzenie obok miejsca kierowcy. Wnętrze samochodu urządzono w kolorze czarnym i chłopaka, ubranego w równie ciemny garnitur, nie było prawie widać.
    Wyjechali na autostradę. Hikaru zrobił się senny, Ogata – przeciwnie: ożywił się i odżył, prowadząc auto po pustej niemal zupełnie szosie. Chłopak nie mówił już właściwie „za siebie”, powtarzając tylko słowa Saia, któremu jazda podobała się wyraźnie tak samo jak Ogacie. Duch nie wspominał w ogóle o meczu; Seiji również przestał w końcu o nim myśleć, skupiając się na jeździe i rozmowie. Shuusaku interesowało zawsze mnóstwo rzeczy; o części Hikaru nie mógł mu jednak opowiedzieć, bo po prostu nie miał o nich najmniejszego pojęcia i nie interesowały go one ani odrobinę. Ogata wiedział znacznie więcej; mówiąc, miał jednak często wrażenie, że do samego Shindou dociera niewiele, że pełni tylko rolę „przekaźnika” w tej dziwnej, trójstronnej rozmowie.
    W pewnym momencie wykładu na temat ręcznej skrzyni biegów, Ogata zorientował się, że dość długo już nie padło kolejne pytanie. Cisza zaczęła się przedłużać. Mężczyzna spojrzał na miejsce obok: Hikaru spał, zwinięty w odchylonym odrobinę fotelu, odwrócony w stronę miejsca kierowcy. Sai, z tego, co wiedział mężczyzna, nie sypiał, więc zapewne dalej siedział na tylnym siedzeniu, złoszcząc się na drzemiącego Shindou.
- Dajmy mu pospać – powiedział mistrz Go i zaczął rozglądać się za zjazdem z autostrady.

    Była druga w nocy, gdy dotarli do dzielnicy Ogaty. Mężczyzna nie miał już ochoty przejeżdżać drugi raz przez całe Tokio: Mieszkanie Hikaru było oddalone jeszcze prawie o godzinę drogi od domu mistrza Go; zresztą, przebywanie tam po tak gorącym dniu na pewno nie należało do przyjemnych. Klimatyzacja nie była czymś, na co Hikaru było stać w tej chwili; chłopak zamykał więc szczelnie okna i drzwi i zasuwał rolety, żeby nie wpuścić upału z zewnątrz. Mieszkanie jednak i tak szybko się nagrzewało i teraz panowała w nim pewnie trudna do zniesienia duchota.
    Chłopak był kompletnie nieprzytomny i zaspany, gdy corvette wjechała na podjazd. Rozbudził się tylko na tyle, by zgodzić się na nocleg u mistrza Go, na autopilocie przejść do domu, zdjąć buty, marynarkę i ochlapać w łazience twarz wodą. Był zupełnie niekomunikatywny, czemu mężczyzna przyglądał się z rozbawieniem: sam spał zazwyczaj lekko, szybko zasypiał i równie prędko pozbywał się senności.
    Prysznic i porządna kąpiel była tym, czego Ogata potrzebował teraz najbardziej: po tym, jak ulokował Shindou na rozkładanym fotelu, mógł udać się wreszcie do łazienki. Gdy zmył z siebie brud i pot z całego dnia poczuł wyraźną ulgę: podczas meczu miał wrażenie, że koszula klei mu się do pleców. Nie znosił upałów i uczucia dyskomfortu, jakie wywoływało noszenie przy takiej pogodzie oficjalnych ubrań. Jego garnitur był lekki i dobrze uszyty, ale mimo to zakładanie go na takie gorąco stanowiło niezbyt przyjemne doświadczenie. Możliwe jednak, że dziś tak naprawdę chodziło tylko o przegrany pojedynek… Zazwyczaj nawet po całym dniu grania w upale nie czuł się taki wykończony.
 
    Hikaru zasnął już na dobre, gdy Ogata wyszedł z łazienki. Chłopak skulił się na swoim posłaniu, śpiąc podobnie jak wcześniej w samochodzie. Obok wciąż jeszcze paliła się lampka, którą Ogata włączył, rozkładając fotel. Gdzieś w pobliżu Hikaru musiał być na pewno Sai, a mężczyzna nie chciał go urazić, przechodząc przez niego przypadkiem.
- Dobranoc - powiedział więc tylko i powędrował do swojej sypialni. Drzwi zostawił tylko lekko uchylone; na szczęście lampka przy fotelu Hikaru nie była zbyt jasna. Zresztą i tak nie miało to wielkiego znaczenia: gdy Ogata zamknął oczy, sen przyszedł niemal natychmiast.

Śniły mu się szepty i szelest przegarnianych czyjąś dłonią kamieni.

 
 
gokuma: (Travel by soylent_icons)
Najwyraźniej wena postanowiła nadrobić to, co zaniedbała w ciągu roku i obdarowuje mnie przed Sylwestrem nowymi pomysłami. W poprzednim tekście przedstawiłam Ellina i jego Zjadacza Opowieści. Teraz cofniemy się sporo lat wcześniej...


Tytuł: Opowieść o Przejściu
Autor: Gokuma
Bohaterowie: Seln (poeta), Tersjusz (Zjadacz Opowieści)
Rating: PG
Ostrzeżenia: angst (= będzie trochę smutno)
Seria: Świat Słów
Beta-reading, pomoc wszelaka oraz dobre słowo: [profile] raneczka i [personal profile] jeza_red


gokuma: (Default)
Napisałam drabla - z bohaterami "Atramentowego świata", Smolipaluchem i Mortimerem. Dla osób, które nie czytały książki małe wyjaśnienie: Mortimer (inaczej: Mo) jest introligatorem, posiadającym zdolność (nad którą nie panuje) przywoływania z czytanych na głos książek występujących tam postaci. Niektóre z postaci, które zjawiły się za jego sprawą, niemal natychmiast zniknęły z horyzontu, adaptując się jakoś w nowym świecie. Jedną z tych, które nie potrafią się w nim odnaleźć, jest połykacz ognia i żongler Smolipaluch...


Autor: Gokuma
Tytuł: Ognik
Rating: G
Pairing: trudno tu mówić o jakimś, choć przy bardzo mocnych slash goggles można tu widzieć jakieś zaniedbane, ciche Smolipaluch/Mortimer
A/N: Za każdym razem, gdy Mortimer "przywołuje" kogoś ze świata książek, ktoś z realnego świata zostaje wciągnięty w tamten wymiar. Podczas jednej z takich "wymian", wiele lat temu, tej samej nocy, gdy pojawił się Smolipaluch, zniknęła żona Mortimera - Theresa
A/N2: Wreszcie coś skończyłam! Yay! ^^
Edited: 07.12.07 (23:40)

Ognik )

Fik HP

Oct. 25th, 2007 12:25 am
gokuma: (kittyevil)
Hmmm... Już dawno, dawno nie pisałam nic z "Harry'ego Pottera"; byłam też z dala od tego fandomu,  nie czytałam zbyt wielu tekstów, nie wracałam do książek... Dopiero kilkanaście dni temu  - bums! - coś mnie wzięło i wróciłam do HP. A parę dni potem Rowling odbyła swoje słynne spotkanie w Carnegie Hall...


Tytuł: Rocznica
Autor: Gokuma
Beta:
[profile] uknown_42
,
[personal profile] jeza_red

Pairing: Albus/Elphias Dodge, Albus/Grindelwald (w domyśle)
Rating: PG
Kategorie: drabble
Ostrzeżenia: minimalne spoilery ostatniego tomu serii; fik dzieje się po zakończeniu II wojny światowej
Podsumowanie: Jest ktoś, kto chciałby, by sprawa z Grindelwaldem odeszła w niepamięć...

Rocznica )
gokuma: (ogata)
Historia, która złapała mnie nieoczekiwanie i nie chciała puścić do czasu, aż jej nie skończyłam. Mam nadzieję, że się wam spodoba :')

Tytuł: Jeśli zobaczysz
Autor: Gokuma
Rodzaj: między SF a fantasy

...Zapraszam do lektury!

 
gokuma: (Default)

Od rana mam pewne zawirowanie czasowe, ponieważ część zegarów w domu została już przestawiona, część nie. To czy jest już "późno", czy jeszcze "wcześnie", zależy  od tego, gdzie spojrzę. Bardzo to rozpraszające : /
Pogoda się poprawiła, całe szczęście: wczoraj lało jak głupie, a dziś już jest słońce i ciepło (choć trochę jeszcze wieje za mocno). Oby tak dalej.


Pod LJ - cutem mały drabl o Yumichice; zamieszczałam go już kiedyś na forum NL, ale nigdy, zdaje się, na LJ:

Drobiazgi )
Drobiazgi



    Pokój jest niewielki: mieszczą się w nim tylko dwa futony i wąska, wysoka szafka, opróżniona przez Mizuho z części zimowych ubrań. Zarówno szafka, jak i reszta pomieszczenia, podzielone są na połowę. W jednej z nich, należącej do Ikkaku, nie ma praktycznie nic.

Druga natomiast zastawiona jest doszczętnie.

Stojący zegar w kształcie małej świątyni; kryształowy pojemnik pełen nasion lnu. Lakowana szkatułka, stosik gazet, żółta świeca pachnąca czymś słodkim i intensywnym. Ciężki, szklany wazon, przy nim, tuż pod oknem – drewniana figurka kota. Zwierzak ma przymknięte jedno oko, drugim zaś wpatruje się bystro w małe, kolorowe królestwo rzeczy.

„Po co ci to wszystko?” – pyta Madarame, przesuwając stopą ozdobny futerał na miecz – „Przecież tego nie zabierzesz”.
„Wiem” – odpowiada Yumichika, omijając futon i stając na jedynym wolnym kawałku „swojej” podłogi. Ikkaku wzrusza ramionami i wychodzi z pokoju, zasuwając za sobą drzwi. Ayasegawa zostaje sam, nie licząc niespokojnego Fujikujaku, który dopomina się o kolejną walkę.
„Już niedługo” – mówi do niego w myślach Yumichika i na chwilę zamyka oczy.

A potem zaczyna przekładać rzeczy, robiąc miejsce na kolejne bibeloty.

 
gokuma: (Travel by soylent_icons)
...ale skojarzony i odnaleziony po niedawnej dyskusji na NL (i rozmowach na temat nie/abstynencji). FF jest dosyć stary (z listopada zeszłego roku) i przez ten czas mój styl pisania trochę się pewnie zmienił. Ale co tam..!

Dedykowane - oczywiście - Evilowi:

Tolerancja )



         Wieki mijają, a do Shunsui nie dociera, że określenie „słaba głowa” implikuje również istnienie pojęcia „limit”.
- Woooody! – jęczy rozdzierająco, rankiem po całonocnej pijatyce. Jyuushirou rzuca na niego okiem i niewzruszony odsuwa kolejne story. Kyuoraku czym prędzej nakrywa głowę kocem:
- Znęcają się – dobiega Ukitake skarga; Jyuushirou wzdycha i odsłania ostatnią kotarę:
- Wcale nie – odpowiada i staje nad łóżkiem. Po jakichś trzech minutach Shunsui odsłania rąbek koca i sięga po wyciąganą w jego kierunku szklankę z wodą.
- Bawi cię to – mówi pięć szklanek później, na co Ukitake obrzuca go spojrzeniem Mój drogi-jesteśmy ze sobą-prawie tysiąc lat-i widziałem już niejedno. Shunsui wzdycha i postanawia odłożyć trudny proces wstawania do czasu, gdy jego głowa zelżeje o kilkadziesiąt kilo.
- Śniadanie zaraz w kuchni – oświadcza Jyuushirou i Kyouraku spogląda na niego niespokojnie, wychwytując w tonie znajomą nutkę pod tytułem Jestem miły, ale mnie wkurzyłeś. Ukitake znika, a Shunsui zaczyna zwlekać się z łóżka, by doprowadzić się do stanu względnej używalności.

       Właściwie nie ma apetytu, ale człapie posłusznie do kuchni, przy swoim miejscu na stole dostrzegając kubek z czymś, co jak wie już od dawna – wygląda średnio, pachnie tak sobie, ale smakuje parszywie. Mamrocząc coś, Shunsui zasiada na swym krześle i zaczyna kontemplować kolor mikstury.
- Jakieś plany na dziś? – pyta Jyuushirou pogodnie, obierając jabłko małym nożem. Kyouraku mruczy coś w odpowiedzi, na co Ukitake sięga po jeden z leżących na stole dzienników spotkań. – „Piętnasta – wizytacja szóstego patrolu, czternasta – spotkanie z Yamamoto, trzynasta – kontrola raportów, dwunasta…”
- Mhmm… – potwierdza nieprzytomnie Kyouraku, kładąc głowę na stole i z nowej perspektywy obserwując zbierający się na dnie kubka osad.
- Dwunasta… - kontynuuje Jyuushirou – …rozmowa z klanem Kuchikich.
Shunsui podnosi głowę. Mruga. Patrzy na zegar, na Ukitake i znowu na zegar. Następnie w mgnieniu oka wypija duszkiem miksturę, krzywi się, kaszle, chwyta w jedną dłoń kapelusz, w drugą płaszcz i wybiega.
          Ukitake patrzy z zadumą na tarczę zatrzymanego wczoraj w nocy zegara.
- Najwyżej będzie wcześniej – stwierdza filozoficznie, po czym z całym spokojem zaczyna kroić jabłko na kawałki.
gokuma: (Default)
...Tym razem to tylko drabl,  znacznie krótszy od fika Murakamiowego. Rzecz dotyczy oczywiście Gaimanowego "Nigdziebądź" i dwóch najbardziej nielubianych - i najciekawszych, IMHO, postaci. Żeby nie przedłużać bardziej...

gokuma: (Default)

Już dawno nie pisałam nic nie-Bleachowego, a jeszcze dawniej - czegoś z tak minimalnego fandomu (jeśli w ogóle on istnieje), jak ten. Ale naczytałam się ostatnio Murakamiego, w tym jego zbioru opowiadań, w którym znajduje się utwór "Tajlandia" i oto, jakie są tego efekty...                                                                                   

 

Wożąc pana Hosgrove )

 

 

Profile

gokuma: (Default)
gokuma

August 2017

S M T W T F S
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Syndicate

RSS Atom

Most Popular Tags

Style Credit

Expand Cut Tags

No cut tags
Page generated Aug. 23rd, 2017 08:09 am
Powered by Dreamwidth Studios